niedziela, 04 kwietnia 2010
Wielkanoc - zakończenie sezonu narciarskiego.
Wielkanoc dla miłośników białego szaleństwa to ostatnie chwile na stoku. Zaraz po świętach staną wyciągi i stoki opustoszeją, znikną resztki sztucznego śniegu.
Mimo, że jeszcze dziś mogliśmy poszaleć na nartach w promieniach wiosennego słońca, to jednak nasz sezon narciarski zakończyliśmy nieco wcześniej, zanim przyszła wiosna. Nie lubię jeździć po sztucznym śniegu, gdy wokół wszędzie już zielono.
Dzisiaj kończę ten sezon wspomnieniami.
Zima, była niezwykle łagodna i uboga w śnieg, ale trochę poszaleliśmy.
Po moich nieudanych próbach jazdy na nowym stoku i nartach nie poddałam się. Nie, nie ja.Jeszcze nie raz pojechaliśmy, na mój ulubiony stok w Białce Tatrzańskiej "Hornikowy Wierch" .



Po dziwnych ewolucjach akrobatycznych w Jurgowie  wzięłam narty Łukasza. Po 4 udanych zjazdach podjęłam decyzję, że czas ponownie wypróbowac mój nowy sprzęt. Pierwsze dwa zjazdy podniosły nieco mój poziom adrenaliny, ale od trzeciego to już czułam się jak ryba w wodzie.
Po fachowym ustawieniu zapięć, mojej wagi , jazda na nowych nartach sprawiała mi wielką przyjemność. Już wiedziałam, że moje niepowadzenia były związane z nieprawidłowym ustawieniem, jednak nie odważyłam się jeździć w Jurgowie.  W przyszłym sezonie to nadrobię.
Pogoda nam sprzyjała, słońce i mróz 20 stopni. Spodobała mi się jazda w promieniach słońca, a nie tylko przy latarniach. Przestali mi przeszkadzać inni narciarze na stoku.


Michał


Moi Panowie razem- Michał i Piotr


I kto powie, że to ja z młodszym synem ???


Tym razem postawiłam na wygodę, nie kolorystykę. Narty niebieskie, a kombinezon czarno - pomarańczowy dwuczęściowy. Za to jaki wygodny jak trzeba skorzystać z ubikacji. A za moimi plecami stoją ostrewki , na których latem suszy się siano w kopkach.



Michał śmiga na nartach od 6 roku życia. Ciężko mu dorównać, bo jazdę na nartach ma we krwi. Gdyby nie choroby pewnie uprawiałby narciarstwo jako dyscyplinę sportu. To on niejednokrotnie był moim instruktorem :)

SEZON NARCIARSKI 2009/2010 ZAKOŃCZONY.

A dzisiaj rozpoczęłam inny nowy sezon, ale o tym już w następnym wpisie.

środa, 27 stycznia 2010
Dwa metry na nartach, pięć na tyłku...
Dodałam nową kategorię :
"Na stoku".
Tutaj będę spisywać moje wspomnienia z wypadów na narty, moje fotki, potyczki i sukcesy na stoku. Mam nadzieję, że nikogo nie zanudzę i niejednokrotnie rozbawię. Wpisy będą w formie pamiętnika.

Sobota 17.01.2010

Prosto po nocnym dyżurze pognałam na giełdę, aby kupić nowe buty. Umówiłam się tam z mężem , bo ja zbytnio na sprzęcie się nie znam. Mróz 20 stopni, więc znalazłam właściwie tylko jedno stoisko ze sprzętem godne uwagi. Na sam początek w oczy rzuciły mi się piękne, niebieskie narty.
Och jakie ładne i już z tych nowych: carvingi. Pokazałam mężowi, potem zaczęłam ogladać i mierzyc buty. Pan mnie miał dość, mróz a On wyciągał kolejne pary,... 19, 20 . Te za małe , te za duże, te brzydkie, te nie takie klamry, te brzydki kolor , tamte niewygodne. W końcu trafiłam na jedne , które uznałam, że mogą być. Nie takie jak miałam, bo tamte były białe i na jedną klamrę, ale  to już przeżytek. Dobra wybrałam takie ciemno turkusowe na 4 klamry. Jakieś musiałam, inaczej siedziałabym w domu.
I te narty, zaczęłam do nich wzdychać, oglądać. Mąż teraz mierzył buty, a ja jak zaklęta kręciłam się koło tych nart- takie ładne. No dobra Mirka, ale masz narty po Łukaszu po co Ci kolejne mówił rozsądek. Babskie ego kazalo dalej podziwiać. Już mieliśmy odchodzic i mąż pyta:
podobają Ci się ???
Za chwilkę i buty i narty były moje, a ja czułam się jak dziecko, które ma nową zabawkę. Mąż kupił i zasponsorował mi sprzęt.
W domu dowiedziałam się , że to prezent na nadchodzącą rocznicę ślubu.




Sprzęt skompletowany, wieczorem po kilku godzinach snu ( byłam po nocnym dyżurze)wybraliśmy się na stok.
W drodze moi panowie poinformowali mnie , że jedziemy do Jurgowa na wyciąg. Serce mi zamarło. Ja tam jeszcze nie jeździłam, ale z opowiadań wiem, że stok jest dłuższy i bardziej stromy. Inny orczyk. Miałam "boja" jak diabli. Z poważną twarzą dojechałam z wielką nadzieją , że robią sobie ze mnie jaja. Wybrali ten wyciąg bo oni jeżdżą jak zawodowcy, po drugie na stoku był szwagier i siostrzeniec, a Oni mają tam mamę i babcię, więc jeżdżą tylko tam. Ok. podjeżdżamy na parking i w tym momencie cała pewność siebie , gdzieś znikła. Zobaczyłam stromy długi, pięknie oświetlony wyciąg , fajny , ale nie dla mnie:(
Michał się zaśmiał, że mama zbladła i ma "boja" i napewno nie zjedzie.
O nie! syneczku nie pokażę Ci jak się boję i zjadę.

Na dworze ciemno około 19.00 najlepiej się jeździ o tej porze, mało ludzi na stoku. Kilka fotek na parkingu:



Za mną oświetlenie stoku.

No dobra fotki zrobione czas zabrać sprzęt i na górę. Ja w kasku, taka moda to raz, a dwa od 1 lutego kaski na stoku będą obowiązkowe. Ja nie boję się o głowę, ale nie nawidzę czapek, więc kask spełnia rolę czapki i taka forma zachęty dla innych. Rok temu na sąsiednim stoku zginął chłopak.
Jest jeszcze inny problem: ja mam marne 158 cm wzrostu i na stoku nie każdy mi patrzy na twarz i metrykę, tylko biorą mnie za nastolatkę, więc po co się ciągle tłumaczyć: mam 40 lat i mnie kask nie obowiązuje???
Buty na nogach , narty przypięte czas wjechać na górę.
O matko!!! Inne wejście; przez 2 bramki , dobra Michał poszedł przodem , idę za nim, żeby nie robić wiochy. Uff udało się przeszłam, złapałam orczyk i w górę...
A niech to wszyscy diabli, ten wyciąg mknie jak po autostradzie. Zaczynam gadać sama do siebie ; wariatko trzymaj się , pilnuj nart, bo zaraz Ci się rozjadą każda w inną stronę. O kurde, jakoś mnie zachwiało, narty się rozjechały, wykonałam dziwną ewolucję i... udało się jadę dalej, ale ciągle nie widać końca wyciągu, obok szaleją narciarze. Jak wysoko, jakie prędkości, jak oni jadą??? Jadę tym wyciągiem co chwilę walcząc a to z nartami, które jak nigdy nie słuchają , a to z orczykiem. Uff dotarłam, na górę. I tu szok jak zobaczyłam jak daleko i stromo jest w dół. I ja mam zjechać??? Pierwsze próby i nie umiem się dostosować, bo zawsze miałam wyciąg po lewej stronie jadąc w dół , tu jest po prawej. To mi przeszkadza, rozprasza. Narty nie chcą słuchać. Jadę 2 metry na nartach, 5 na tyłku. Zjechałam do połowy stoku i odezwał sie mój cholerny charakter i histeria!!! Czemu jak się przewracam narty się nie wypinają, czemu mnie nie słuchają, krzyżują się? Nie panuję nad nimi!!! Ja chcę do domu!!! wydarłam się na męża- zabieraj sobie te narty, ja na dupie zjadę w dół. Przez 16 lat Piotr mnie już zna. Uspokaja, daje wskazówki, oczywiście ja pyskuje do niego!!! Nie ma wyjścia trzeba zjechać na dół. Kolejna próba. Nie wiem ile przejechałam na dupie, ile na nartach , ale dotarłam na dół.
O jest Kubuś i szwagier :) Nie, no nie pokażę przed chrześniakiem, że ze mnie mięczak. Jadę ponownie na górę. Tym razem wzywam wszystkich świętych do pomocy. Jadę i powtórka z rozrywki: walka z nartami, orczykiem, nieziemskie ewolucje akrobatyczne na orczyku. Przede mną jedzie mąż. 100 metrów przed końcem ewolucje skończyły się upadkiem pod orczyk. Fajnie, jechałam ostatnia, nikt z moich nie wie co ze mną.
A ja??? wypięłam narty i kilka metrów w górę na nogach. Idiotko! nie wejdziesz tam. Usiadłam i się śmieję sama do siebie , bo nie wiem co dalej robić.  W końcu Piotrek mnie zauważył, zjechał do siatki przy wyciągu.
Nie jest źle. Biorę narty na ramię i śmigam w poprzek trasy wyciągu, akurat była luka nikt nie wjeżdżał. Piotr odebrał narty, a ja dzielna dziewczynka na brzuchu przeczołgałam się pod siatką na stok. Teraz przypięłam narty i druga próba zjazdu. Raz po raz leżę. A do licha w życiu tyle nie leżałam co na tym stoku. Histeria osiąga zenit. Krzyczę , złoszczę się,płaczę, obwiniam o wszystko męża, Michała, narty, buty itp. Zastanawia mnie tylko czemu dwa dni temu śmigałam , a teraz ??? Na dole Piotr pozmieniał ustawienia nart. Wiązania były źle ustawione.

Kolejna próba zjazdu:



Armartki śnieżyły, na stoku robiły się muldy. Leżałam raz po raz. Fotki słabe , bo zabrałam aparat Łukasza: jest mały, ale słabo robi nocne zdjęcia. Po ustawieniu wiązań jeździło mi się o wiele lepiej, ale nie do końca tak jakbym chciała. Trochę się zraziłam do stoku i nart. A taka byłam z nich zadowolona:) Nawet wzięłam kombinezon niebieski pod kolor. Jak to Łukasz określił: typowa baba: ma być ładnie, a nie wygodnie.
Mój największy sukces tego wieczora: wróciłam do domu cała ja , (naciągnęłam tylko ścięgna pachwiny) całe narty i buty.
I wiem jedno i tak na narty jeszcze pojadę.
W domu w internecie dopiero zobaczyłam , że trasa na którą mnie zabrali ma kolor czerwony , czyli najwyższy stopień trudności.



Ja naukę jazdy zaczęłam na dobre dwa lata temu kiedy miałam ciężką depresję. Rodzinka na siłę mnie z domu wyciągała i była to dobra terapia, a ja połknęłam bakcyla. Moja siostra do dziś nie jeździ i boi się nart. Ja ten lęk przezwyciężyłam. Ale nie na tyle , by jeździć na stoku z takim stopniem trudności.

Mam nadzieję , że Was nie zanudziłam :)
czwartek, 21 stycznia 2010
To i owo, czyli nic mi się nie chce...
Ferie dobiegają już do półmetka. Tradycyjnie na ferie Michał się rozchorował i wszystkie plany wypadów na narty i łyżwy diabli wzięli. Łukasz za tydzień wraca do szkoły, nadal jeździ na rehabilitację, wczoraj udało Mu się wyjść z domu bez kul. Zimy nie ma, więc nie jest ślisko.


A ja również zachorowałam , ale na: "nie chce mi się". Nic mi się nie chce !!! Igła leży i już mam 3-dniowe zaległości w hafcie Anioła. Jak mam iść do pracy dostaję torsji, a przede mną dwie nocki z rzędu buuuu (nic nie jest bez przyczyny). Nie chce mi się wstać z łóżka, nie chce mi się ubrać, uczesać, wyjść na zakupy, z psem, iść do siostry, nie chce mi się jeść, sprzątać , włączyc komputera, zrobić wpisu. Nie chce mi się nawet rozmawiać z nikim. Nic mi się nie chce tylko spać !!! Spać mi się chce 24/dobę :(


Podejrzewam, że to pierwsze objawy nasilenia tej mojej wrednej choroby-"depresji". Jutro druga noc i dwa tygodnie urlopu, mam nadzieję , że dojdę do siebie. Upragniony urlop, tylko co będzie latem???
Wszyscy wtedy pójdą na urlopy, a ja będę pracować.
Decyzja zapadła - biorę kredyt, więc na najbliższe lata pożegnałam się z urlopem, wyjazdami. Zaczęła się wielka akcja oszczędzania.
W szafce czeka kilka haftów na skończenie, więc z braku funduszy na nowe, te doczekają końca. Mam też 5 nowych gotowych zestawów, więc i one wskoczą na tamborek. Tak więc najbliższe dwa lata przeżyję, bez uszczerbku na xxxx.

Przez ostatnie 2 dni posiedziałam trochę przy komputerze i mój blog zmienił szablon świąteczny na zimowy. Mam też pomysł na wiosenny szablon.
 
Zanim ogarnęła mnie ta straszna " niechciana niechęć" to wybraliśmy się tydzień temu , całą rodzinką (bez Łukasza) na narty.
Pojechaliśmy tam , gdzie jeździłam: do Białki


A tak wygląda ten stok:


Zdjęcia pochodzą z neta. Nie braliśmy aparatu.
Na fotce stok wygląda na płaski, ale taki nie jest, ma 800 metrów długości.
Zaczęły się moje wątpliwości, czy dam radę, zjadę???
Przecież ja nauczyłam się jeździc na nartach w sezonie 2007/2008.  Złapałam bakcyla i ciągnie mnie na stok. Mnie potwornego tchórza.
Całe życie zazdrościłam koleżankom, że jeżdżą z rodzicami na narty.
Moi rodzice nigdy nie jeździli na nartach (pochodzą z nizin) więc nas nie zabierali na stok. Mąż mój rodowity góral śmiga na nartach niczym przeciąg w drzwiach. Uczył chłopców jazdy od najmłodszych lat. A mnie starej krowie żal  było samej siedzieć w domu, jak Oni używali na śniegu. Kupili mi buty, narty, na początek byle jakie, a ja i tak wiedziałam swoje: prędzej się zabiję niż nauczę jeździć. W bólach, histerii nauczyłam się.
W ubiegłym sezonie choroba nie dała mi poszaleć, przesiedziałam zimę w domu na chorobowym. Tydzień temu pełna obaw czy pamiętam wjechałam na górę, w dodatku wzięłam narty Łukasza. W głowie burza myśli, jak się pługuje, skręca itp. dam radę, muszę. I nie czekając, aż moi dojadą do mnie orczykiem na górę poszłam w dół. Pamiętałam , same nogi, biodra pracowały. I ta sama adrenalina, radość: jeżdżę, znowu jeżdżę.
Niestety zima byle jaka, na stoku sztuczny śnieg, oblodzenie i.... to normalne -ślizgnęło nartami i poleciałam na tyłek. Narty się pokrzyżowały , nie wypięły , kilka metrów zjechałam na brzuchu w dól.  Uff nie połamałam się, nic nie boli. Na szczęście byl to już ostatni zjazd. Wsiadłam do samochodu i wróciłam do domu, z rumieńcami i szczęśliwa. Dopiero w domu jak ściągałam te wielkie buty, zauważyłam, że jeden but jest cały pęknięty. Ze względu na bezpieczeństwo nie nadaje się do użytku.
Żal ogromny, bo następnego dnia już nie pojadę :((
I nie pojechałam, ale pojechałam już w sobotę.
Cdn.
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Internetowe liczniki